Bushcraft. Jak pamiętam mój pierwszy raz?

with Brak komentarzy

Trochę czasu minęło. Mój pierwszy raz w lesie na glebie, nie był jako takim pierwszym razem. Za małolata wiele razy spaliśmy rozbici zwyczajnie nad jeziorem. Tak, po prostu, między drzewami. Nawet nie pamiętam czy mi ktoś mówił, że tak można, czy nie. Skrzykiwało się rodzinę, znajomych i się jechało. Potem człowiek wydoroślał, wyjechał na studia, zajął się ważniejszymi sprawami. I masz – musisz się wszystkiego uczyć od nowa.

Zajawkę dał Bear Grylls. Później przyszła pora na oglądanie Raya Mearsa i człowiek nabrał ochoty. A stare wspomnienia ożyły.

I tak pewnego wrześniowego razu z Mono kupiliśmy dwie plandeki w budowlanym, karimaty (to już nie w budowlanym), stalowy kubek, włożyliśmy wszystko wraz ze śpiworami i nożem w plecaki i poszliśmy w las. Prosto spod bloku w którym mieszkał Mono. Pamiętam to bardzo dobrze, bo mieliśmy wydrukowane mapy z googla i niewiele one miały wspólnego z rzeczywistością. Po jakichś 20 km dotarliśmy w okolicę rzeki i szukaliśmy miejsca na rozbicie tych nieszczęsnych plandek.

Pamiętam, jak dziś, jak znaleźliśmy w zakolu rzeki kolosalną kupę śmieci zawleczonych przez nurt. Masakra. Kawałek dalej znajdywały się dwa stanowiska dla wędkarzy. Mi by się nie chciało wędkować w okolicach takiej brei.

Z tamtej nocy pamiętam, że było gorąco, jak cholera. Spaliśmy w samej termie w naszych lichych śpiworach i się rozkrywaliśmy. Rano miałem 7 (słownie – siedem!) kleszczy. I na nic Deed’yyyy.

Pamiętam krzyk.
Przerażający krzyk. Bicie o wodę. Łoskot. Strach. Zatkane gardło. Zerwaliśmy się na nogi i zaczęliśmy przepatrywać okolicę latarkami z biedry. Nic. Cisza. Ciemność. Dopiero rano okazało się, że zapewne były to łabędzie. Wieczorem widzieliśmy je dryfujące przy zaroślach. A rano na brzegu leżało kilka białych piór. Co się stało? Nie wiemy.

Pamiętam szelest liści.

Zbliżała się jesień. Leżąc słyszeliśmy z wolna opadające liście. Szzz. Sss. Szmery w ściółce – leśne myszy? Krakania. Popiskiwania. Szurania. Dodaj do tego adrenalinę wynikła ze zdarzeniem z łabędziami. – Masakra. Rano duma nas rozpierała jakbyśmy przeżyli wojnę. Co najmniej.

Pamiętam smak podgrzybków z cebulą.
Grzyby zebraliśmy po drodze do dużego kubka poklejonego taśmą, by zakleić wylot (brak pokrywki). Sam kubek wisiał na ucho zaczepiony to troków plecaka. W pewnym momencie przystanęliśmy przy siedzuniu sosnowym (szmaciaku). Mmm. Ślinka pociekła. Był chroniony więc pozostał pod drzewem. Dobrze, że już nie jest.

Pamiętam pierwsze rozpalanie ogniska krzesiwem.
Iskry szły, ciepła brak. Wreszcie z pomocą przyszły rozwarstwione waciki higieniczne. Kto by pomyślał, że tak ciężko wykrzesać płomień w terenie bez użycia zapałek czy zapalniczki? Na YT wydawało się to takie proste.

Pamiętam zimną wodę opływającą zmęczone stopy w czasie odpoczynku.

Pamiętam puszkę tuńczyka, którego nie lubię, zajadaną ze smakiem.

Pamiętam ciężar plecaka, i co o tej całej wyprawie myślały moje kolana, gdy wróciłem już do domu.

Czy było warto? Ja wiem? Warto wchodzić na Kasprowy? Śnieżnik? Rysy? Każdy ma coś, co go napędza. Jeśli las cie napędza, to warto. Jeśli chcesz próbować czegoś nietuzinkowego, to warto. Jeśli masz ochotę poobcować z przyrodą, poczuć coś innego, niż miejski gwar i szmer ulic? Warto. Jeśli chcesz żałować, że dzień się już kończy – to warto. Najlepiej sam to sprawdź. Wybierz się do lasu na noc.

Co jeszcze pamiętam? Pamiętam przemyślenia i plany jakie snuliśmy leżąc otoczeni lasem. O pomysłach, o blogu i o kolejnych wypadach…

Konsekwencją powyższego powstał lata temu blog byprzetrwac.blogspot.com , którego prowadziliśmy od 2014 roku z różnymi pauzami i z różną starannością.

A ten blog, jest kolejnym etapem przemyśleń i plenów, które snują Mono wraz z Fabianem. Mam nadzieję, że się wam tu spodoba.

Zapraszamy

Zostaw Komentarz